Czasami mam wrażenie, że Polska zimą to jeden wielki szary pokój bez okien. Listopad, grudzień, styczeń, luty – cztery miesiące ciągłego zmierzchu, mokrego śniegu pod butami i wiecznego siedzenia w domu. W tamtym roku, akurat w połowie stycznia, dopadło mnie to ze zdwojoną siłą. Siedziałem w swoim małym mieszkaniu na trzecim piętrze w bloku z wielkiej płyty, patrzyłem przez szybę na padający deszcz ze śniegiem i czułem, jakbym powoli zamieniał się w kamień. Dzień pracy zdalnej skończyłem o piętnastej, bo nie miałem już siły patrzeć na ekran. Obiad zjadłem na stojąco, w kuchni, patrząc na gołębia, który równie ponuro jak ja gapił się na mnie z parapetu. I nagle uderzyła mnie ta myśl: mam trzydzieści siedem lat, mieszkanie, pracę, stabilizację i totalną, absolutną, przerażającą pustkę w środku.
Potrzebowałem czegoś. Cokolwiek. Głupiego, szybkiego, bez znaczenia. Przerzuciłem Netflixa, nie było nic. Sięgnąłem po książkę, nie mogłem czytać. Włączyłem muzykę, ale wszystkie piosenki znałem na pamięć. To było gorsze niż smutek – to była nuda, która aż boli fizycznie. Wtedy przypomniałem sobie o kolesiu z pracy, Tomku, który na każdej przerwie opowiadał o swoich nocnych wojażach w internecie. Mówił, że nie pije, nie pali, ale czasami lubi sobie rzucić parę złotych na automaty. Śmialiśmy się z niego wtedy, mówiliśmy że hazardzista, ale on tylko machał ręką i powtarzał, że to taka sama rozrywka jak kino, tylko tańsza. No i że czasem, jak mu się poszczęści, to ma za darmo. Wyrwałem go wtedy na kanapie, spytałem gdzie to robi. Uśmiechnął się pod nosem i rzucił jedną nazwę: vavada. Zapamiętałem ją, sam nie wiem po co.
No więc w tamten ponury styczniowy wieczór, ubrany w dresy, które pamiętały jeszcze studia, włączyłem laptopa i wpisałem w wyszukiwarkę ten adres. Strona otworzyła się jak wejście do innego świata. Tam, za oknem, szarość i plucha. Tam, na ekranie, feeria barw, światła, uśmiechnięte dziewczyny z krupierkami, wirujące bębny. Czułem się jak dziecko, które pierwszy raz weszło do sali gier we Władysławowie, tylko że teraz miałem własną kartę kredytową i żadnych dorosłych, którzy mogliby mi powiedzieć "nie". Założyłem konto w trzy minuty, wpłaciłem stówę. Setka, pomyślałem, to koszt wyjścia do knajpy z żoną, a że żona pojechała do matki na weekend, to właściwie jestem do przodu. Niech się dzieje.
Przez pierwszą godzinę byłem ostrożny. Obracać małymi kwotami, euro, dwa euro, sprawdzać, testować. Najpierw ruletka – klasyka, czerwone, czarne, zero. Trochę wygrałem, trochę przegrałem, na zero. Potem jakaś prosta gra wideo, coś owocowego, jak stare jednoręki bandyta, tylko że bardziej kolorowe. Tam poszło mi gorzej, straciłem może dwadzieścia euro. I wtedy, zupełnie przypadkiem, kliknąłem w zakładkę z grami na żywo. I tam zobaczyłem coś, czego nie znałem. Gra nazywała się "Mega Ball", ktoś to wymyślił, wyglądała jak połączenie loterii, bingo i teleturnieju. Prowadziła ją dziewczyna z Węgier, miała długie blond włosy i mówiła zabawnym angielskim z akcentem, który brzmiał jakby czytała wierszyk dla dzieci. Kupiłem losy, chyba za dziesięć euro, i patrzyłem jak losuje się kule. Patrzyłem, patrzyłem i nagle zobaczyłem, że wygrałem. Nie dużo, dwadzieścia euro, ale wygrałem. I coś we mnie pękło. To było przyjemne. Ta chwila, gdy cyfry na koncie skaczą do góry, a ty wiesz, że to tylko twój zbieg okoliczności, twoja minuta szczęścia. Chciałem więcej.
Zwiększyłem stawki. W następnej rundzie wrzuciłem dwadzieścia euro. Patrzyłem, jak blondynka kręci bębnem, a kule wypadają jedna po drugiej. W tle grała jakaś irytująca, wesoła muzyczka. I wtedy, na tablicy wyników, zobaczyłem, że mam mnożnik razy pięćdziesiąt. Nie rozumiałem do końca zasad, ale widziałem, że moje dwadzieścia euro właśnie zmieniło się w tysiąc. Wstałem z krzesła tak gwałtownie, że prawie przewróciłem laptopa. Chodziłem po pokoju, trzymając się za głowę, powtarzając w kółko "kurwa, kurwa, kurwa". Tysiąc złotych. W dziesięć minut. Tyle co miesiąc pracy na pół etatu. Usiadłem z powrotem, odetchnąłem głęboko, i wypłaciłem pieniądze od razu, zanim zdążyłem zrobić coś głupiego.
Przyszły na konto w ciągu godziny. Siedziałem i patrzyłem na nie. Wciąż padał ten sam deszcz, za oknem było tak samo szaro, ale ja czułem się, jakbym wygrał na loterii. Nie wiedziałem co z nimi zrobić. Były dodatkowe, nieplanowane, niepotrzebne do niczego konkretnego. Zadzwoniłem do żony, powiedziałem tylko "kochanie, mam dobry dzień". Nie chciałem mówić o szczegółach, bo wiedziałem, że by mnie ochrzaniła. Następnego dnia poszedłem do sklepu i kupiłem jej złoty pierścionek, taki zwykły, ale ładny, za pięćset złotych. Resztę odłożyłem. A wieczorem, zamiast siedzieć w domu, wziąłem ją do restauracji, takiej porządnej, gdzie kelnerzy noszą muszki. Zamówiliśmy butelkę wina i steki, a ja patrzyłem na jej zaskoczoną minę, gdy dostała prezent. Czułem się jak facet, nie taki przeciętniak z bloku, tylko ktoś, komu się udało.
Minął tydzień. Emocje opadły, ale zostało wspomnienie tego dreszczyku. Wróciłem myślami do tamtej strony. Nie po to, żeby gonić wygraną, bo wiedziałem, że taki fuks może się nie powtórzyć. Ale po to, żeby sprawdzić, czy tamten wieczór był przypadkiem. Zalogowałem się na swoje konto w vavada, popatrzyłem na historię gier. I zamiast grać od razu, poszedłem na sekcję z turniejami. Okazało się, że regularnie organizują jakieś wyzwania, gdzie liczy się ilość zakręceń, a nie wygrane. Dołączyłem do jednego, bez presji, wrzucając małe kwoty, żeby się po prostu zabawić. Grałem przez dwa wieczory, przegrałem może pięćdziesiąt złotych, ale w turnieju zająłem wysokie miejsce i dostałem bonus, sto złotych doładowania. Użyć ich, czy nie? Użyłem. Znowu małymi krokami, powoli. I znowu, zupełnie niespodziewanie, trafiłem na większą wygraną, może trzysta złotych. Wypłaciłem od razu.
W tym momencie coś we mnie kliknęło. Zrozumiałem, że to nie jest kwestia szczęścia, tylko zarządzania sobą. Że mogę korzystać z tej rozrywki, bo to jest właśnie to – rozrywka. Mam w pracy stres, w domu obowiązki, w życiu codziennym tysiące spraw do załatwienia. A tam, na stronie, przez chwilę nie ma nic. Tylko ja i ekran, i ta sekunda oczekiwania, czy wypadnie dobry symbol. To lepsze niż tabletki uspokajające. Od tamtej pory, raz na dwa tygodnie, jak dzieci już śpią, a żona ogląda swoje seriale, ja siadam z laptopem na kolanach w kuchni, robię sobie herbatę i wchodzę na vavada. Z góry zakładam, że mogę stracić pięćdziesiąt złotych. To mój koszt biletu do kina. I czasami faktycznie tracę, ale czasami zdarza się taki wieczór, że wygrywam stówę, dwie, a raz nawet udało mi się trafić pięćset. Wtedy funduję sobie coś ekstra, dobre słuchawki, nową grę na konsolę, albo po prostu odkładam na wakacje.
Najważniejsze, że już nie gonię. Nie ma pośpiechu, nie ma adrenaliny, jest spokojna przyjemność. Jakbym łowił ryby, tylko zamiast wędki mam karty. I wiesz co? To działa. Przez ten rok, od tamtego stycznia, jestem na plusie. Nie dużym, ale jednak. I co ważniejsze, nigdy nie przegrałem więcej niż miałem w planie. Nauczyłem się, że ta strona to tylko narzędzie, a kluczem jest głowa. Jak masz głowę na karku, to nawet w takim miejscu możesz znaleźć odskocznię, a nie problem. No i ten pierwszy raz, ten pierwszy tysiak, zostanie ze mną na zawsze. Nie dla pieniędzy, ale dla tego uczucia, że akurat w tej jednej chwili, w ten parszywy styczniowy wieczór, wszechświat postanowił dać mi prezent. I od tamtej pory, nawet gdy jest szaro i ponuro, wiem, że zawsze mogę włączyć ekran i na chwilę wejść do świata, gdzie jednak jest trochę kolorów.