To było zupełnie zwyczajne, wręcz nudne wtorkowe popołudnie pod koniec listopada. Pamiętam, że za oknem lało jak z cebra, a ja siedziałem w salonie z kubkiem wystygłej już kawy, przeglądając oferty pracy po raz setny tego tygodnia. Miałem wrażenie, że cały świat stanął w miejscu. Właśnie wyszedłem z restrukturyzacji w poprzedniej firmie i choć zapas gotówki jeszcze był, to ta monotonia zaczynała mnie dobijać. Telefon dzwonił co chwilę, ale tylko z powiadomieniami z banku albo z aplikacji, których dawno nie odpalałem. Mój znajomy, Kuba, od miesięcy naprzykrzał mi się, żebym wyluzował i spróbował czegoś nowego, ale ja byłem w tym momencie tak zamknięty w swojej skorupie, że nawet piwo poza domem wydawało mi się zbędnym wydatkiem. I wtedy, zupełnie przypadkiem, gdy przewijałem stronę na laptopie, trafiłem na coś, co wyglądało jak odskocznia. Nie szukałem niczego konkretnego, ale na ekranie wyskoczyła grafika z jakimś kolorowym bonusem. Stwierdziłem, że co mi tam. Zarejestrowałem się w kilka minut, bardziej żeby zabić czas i udowodnić sobie, że nadal potrafię podjąć jakąś spontaniczną decyzję, niż z myślą o wielkiej wygranej. To był ten moment, kiedy pierwszy raz zalogowałem się na epicstar, nie wiedząc jeszcze, że to miejsce na długo odmieni moje myślenie o nudnych popołudniach.
Początkowo traktowałem to jak taką zabawę na odprężenie. Wpłaciłem niewielką kwotę, taką na granicy ryzyka, którą bez bólu mogłem przepuścić na głupotę. Nie liczyłem na cuda, bardziej na ten dreszczyk emocji, który gdzieś we mnie zanikł przez ostatnie miesiące biurowej biurokracji. Pamiętam, jak klikałem w te wirujące bębny, pijąc już drugi, tym razem świeży kubek herbaty. W tle leciała stara płyta Pink Floyd, którą mój ojciec odkurzył na swoim nowym, starym gramofonie. Dźwięk basu mieszał się z dźwiękiem monet spadających na wirtualny ekran. Było w tym coś hipnotyzującego, a zarazem bardzo intymnego. Nie musiałem nikomu tłumaczyć, czemu tu siedzę i na co patrzę. Po prostu byłem. Po kilku rundach poczułem, że coś drgnęło. To nie była ta zwykła seria małych wygranych, które pozwalają grać dalej. Nagle ekran rozbłysnął, a animacja zaczęła działać w zwolnionym tempie. Z początku pomyślałem, że to jakiś błąd, że zawiesił mi się przeglądarka. Ale dźwięk, ten konkretny, głośny sygnał powiadomienia, wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałem na saldo i dosłownie zamarłem. Przez sekundę serce mi stanęło, a potem zaczęło walić jak młotem. Kwota, którą zobaczyłem na wyświetlaczu, przekraczała moją miesięczną pensję sprzed zwolnienia. To było surrealistyczne uczucie. Siedziałem sam w pokoju, a jednak miałem wrażenie, że zaraz ktoś wejdzie i powie mi, że to pomyłka. Wstałem od biurka, przeszedłem się po pokoju, podszedłem do okna. Deszcz dalej lał, ale świat za oknem nagle nabrał głębi. Wróciłem do laptopa, odświeżyłem stronę, myśląc, że to jakiś błąd wizualny. Ale kwota była cały czas tam, bezpieczna, czekająca na wypłatę. Wtedy dotarło do mnie, że to nie przypadek. Czułem taką eksplozję czystej, dziecinniej radości, jakbym znalazł banknot w starej kurtce, ale pomnożony razy sto.
Po tej wygranej zrobiłem sobie przerwę. Nie dlatego, że się przestraszyłem, ale dlatego, że potrzebowałem ochłonąć i ułożyć to w głowie. Przez tydzień chodziłem jak w transie. Załatwiłem w końcu zaległe naprawy w samochodzie, który od tygodni stał pod blokiem, i kupiłem mamie wymarzony ekspres do kawy, o którym mówiła od roku, ale zawsze uważała, że to za duży wydatek. I wiesz co? To nie było nawet o te pieniądze. Chodziło o to, że nagle przestałem czuć się tym gościem, który musi na wszystkim oszczędzać, który utknął w martwym punkcie. Wróciła we mnie ta wersja mnie sprzed kilku lat, która nie bała się podejmować decyzji. Oczywiście nie porzuciłem szukania pracy, ale podszedłem do tego z zupełnie innym spokojem. Miałem bufor, który dawał mi komfort psychiczny. I tak, po kilku tygodniach, gdy wszystko wróciło do normy, a ja miałem już nową, całkiem fajną umowę w mniejszej, ale stabilnej firmie, postanowiłem znów wpaść na epicstar. Tym razem nie z nudów i nie z desperacji, tylko z czystej ciekawości. Znalazłem sobie taki rytuał – czasem w piątek wieczorem, gdy cały dom już spał, siadałem z laptopem w kuchni, robiłem sobie drinka z sokiem i po prostu sprawdzałem, co tam słychać. Traktowałem to jak taką swoją własną, prywatną loterię, w której stawką nie były pieniądze, tylko ten stan zawieszenia między nadzieją a rzeczywistością.
I właśnie przy jednej z takich okazji przydarzyła się ta historia, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że czasem warto po prostu spróbować. Wybrałem grę z tematem, który zawsze lubiłem – klimat lat siedemdziesiątych, takie retro, z ogromnymi samochodami i muzyką z syntezatorów w tle. Zakręciłem kilka razy, pozwalając sobie na małe stawki, bo wypracowałem sobie zasadę, że nie poganiam losu. I w pewnym momencie system zaczął wyrzucać symbole w tak dziwnej, ale regularnej sekwencji. Nie miałem ciśnienia, akurat rozmawiałem przez telefon z siostrą, trzymając słuchawkę na ramieniu, gdy nagle zobaczyłem, że ekran zamienia się w jedną, wielką, kolorową planszę wygranej. To nie był ten sam dreszcz co za pierwszym razem, kiedy to było jak uderzenie prądem. To było coś głębszego, spokojniejszego. Uśmiechnąłem się do własnego odbicia w ciemnej szybie okna. Kwota była nawet wyższa niż poprzednio, ale największą nagrodą było dla mnie to, jak bardzo zmieniło się moje nastawienie. Nie podskoczyłem z krzesła, nie zadzwoniłem od razu do wszystkich znajomych. Po prostu poczułem głębokie, satysfakcjonujące spełnienie. Zamknąłem laptopa, dopiłem drinka i poszedłem spać z myślą, że jutro rano założę te pieniądze na osobne konto, które nazwałem w głowie „funduszem głupich pomysłów”, bo postanowiłem, że pójdą w całości na coś zupełnie nielogicznego, ale wymarzonego.
I wiesz co? Miesiąc później kupiłem za nie zestaw do warzenia piwa domowego i starą, odrestaurowaną lodówkę w stylu amerykańskim lat 50-tych, która stoi teraz w moim garażu i jest dumą wszystkich znajomych. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, nie myślę o tym jak o szczęściu w sensie hazardowym. To było coś w rodzaju przypomnienia od wszechświata, że nie warto zamykać się na różne formy rozrywki, nawet te, które początkowo wydają się czystą głupotą. Gdyby nie ta deszczowa, nudna środa i przypadkowe kilknięcie, pewnie do dzisiaj chodziłbym naburmuszony, uznając, że świat nie ma mi już nic do zaoferowania poza seriami rozmów kwalifikacyjnych. A tak nauczyłem się jednego – życie potrafi zaskoczyć, nawet gdy siedzisz w piżamie z herbatą w ręku, nie oczekując niczego więcej niż chwili wytchnienia. I to chyba najcenniejsza lekcja, jaką mogłem dostać.